Wzmożona obserwacja

Są ludzie, którzy ujrzeli swoje oblicze w lustrze i od tego czasu, w obawie przed refleksami w wystawowych szybach, przechodzą z kapturami naciągniętymi aż na same oczy. Obejrzenie siebie nie jest ani łatwe, ani przyjemne, dlatego zwykle ci nieszczęśnicy nie marzyli o Poznaniu, a jedynie mieli pecha trafić na jakiś zbity kawałek, leżący na podłodze i tylko czekający, by przetrącić komuś życie.

Być może odbicie, które zapamiętali, było tylko kaprysem wypaczającego świat zwierciadła. Prawdopodobnie sięgając wstecz pamięcią zakrzywiają wspomnienia w pałąk. Tego nie wiedzą, ale sama pamięć zbyt mocno pali, by ją zignorować. Nienawidzą odbijających powierzchni tak bardzo, że dostrzeżenie lśniących białek oczu innych ludzi ich przeraża. Dlatego dla bezpieczeństwa śledzą zawiłości okładu kostek brukowych, patrzą na nieśmiało pączkujące pomiędzy szczelinami kępki trawy, liczą kroki dzielące ich od rozpadlin. Poznają doskonale świat krawężników, rozpoznają okolicę po odcieniach szarości chodników. Egzystują w ten sposób, z obolałymi od ciągłego zginania karkami i napiętymi jak postronki mięśniami. Skuleni w geście obronnym za każdym razem, gdy słyszą tupot innych, obcych butów i gdy widzą czyjeś buty.

Tak przyzwyczajają się do swojego życia, że nie dostrzegają już nic w nim złego. Trochę czasem im mokro i gorąco w policzki, ale emocje nie wpływają znacząco na tempo kroków po bruku. Przystaną, gdy cały świat im się rozmaże na wilgotno i słono, wydmuchają nosy w wielorazowe chusteczki, wyciągnięte gdzieś z otchłani kieszeni. A potem przyspieszą kroku.

Ale pewnego dnia, spiesząc się po kolejnej przerwie w marszu, zderzą się z innym przechodniem w prochowcu i zwykłych, skórzanych butach. Karki z suchym trzaskiem prostują się, a oczy mimowolnie spoglądają w twarz nieznajomego. I nie zatrzymają się tylko na białkach, strasznych i odbijających światło z otoczenia.

Choć twarz nie była ukryta pod kapturem zakrywającym ją niemal całą, a przechodzień nie nosił najmniejszych śladów charakterystycznego przygarbienia, to oblicze wyglądało, jakby pilnie potrzebowało ukrycia. Potwornie wykrzywione, zamiast lustrzanego odłamku obejrzało w swoim życiu wiele słońca. Dzięki opaleniźnie wyglądało na swój wypaczony sposób zdrowo, nie obawiało się odbijającego świat białka oczu.

Zniekształcona twarz nieznajomego czasem okazuje się pięknym odkryciem dla przygarbionych ludzi. Odkrywają zdumiewającą, choć prostą prawdę – nie tylko nie są jedynymi pojebami na tym smutnym świecie, ale nawet nie są najgorszymi z nich. I od tego czasu mogą podnieść głowy, żeby odetchnąć pełną piersią, tak jak to robią nieuświadomieni w swoim pojebaniu, i żyć razem z innymi na nieidealnym chodniku.

Tak proste, a tak trudne.

1 komentarz

  1. wschodnigosciniec powiedział

    Wrzesień 16, 2010 @ 11:08

    Otherkinds..


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.