Czasownik

Czas wziął wędzidło na kieł i pognał przed siebie, zabierając mnie ze sobą – wciąż nie wiem, czy przypadkiem, czy też lubi ze mną podróżować bardziej, niż ja sama ze sobą. Pęd wiatru jest miły, do czasu, gdy początkowo rozpalona w gorączce, wreszcie zauważam jak piekielnie może być mroźnie, jak bezlitosne sądy wydaje na mnie termometr – w końcu nie mam futra, nawet sierści nie mam, wszystko na wierzchu, skóra wybebeszona jakby ją kto chciał odsłoniętą oglądać.

Boję się wielu rzeczy, stosów sytuacji, milionów spojrzeń i gestów obcych mi mieszkańców tej samej planety, tego samego miasta, tego samego domu. A teraz jeszcze podejrzliwie spoglądam już nie tylko na zegarek, ale jeszcze na kalendarz. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej godziny miały konsystencję nierozłączalnego samodzierżczego miodu, który za nic sobie ma wyznaczone mu granice. Niby można go dzielić na łyżki, ale w rzeczywistości nie można bo się przelewa, przykleja, zalepia. Słoiki miodu przelatują mi przed oczami i nie przypominam sobie, bym pozwalała na październik. Może, kiedy zamknę oczy, będzie już grudzień, może, kiedy pójdę spać, będzie już nowy rok, może jakimś cudem przegapię swoją młodość i ocknę się pomarszczona jak stare jabłko.

Z jednej strony to ciekawe. Sama chyba najbardziej jestem zainteresowana zobaczeniem, gdzie ta ścieżka prowadzi, gdzie jest jej kres, czy bez siebie potrafię żyć, czy będę miała szansę Bogu, lub bogom, powiedzieć jakimi nielogicznymi istotami są, jak bardzo niedoskonałe dzieła stwarzają  - czy może nic ze mnie beze mnie już nie zostanie. Z drugiej strony pęd już trochę bardziej przeraża, niż fascynuje, na ramionach czuję żelazny uścisk nie wiedząc nawet, dlaczego na ramionach, dlaczego nie w piętach, między palcami, na zgięciu rąk, gdzieś w środku podłej myśli o pączku z różanym nadzieniem (są obrzydliwe i zabraniam wam ich jeść). Nie – chłód mnie tylko szyderczo obejmuje za ramiona, jakby miał mnie lada chwila podnieść – sama nie wiem, czy chcieć tego czy też nie, czy mam siły na lodowe czapy zakrywające  mi powieki.

Wszystko się w biegu zamazuje, wszystko przeistacza w niesiebie – tylko gdzieś w siodle mam stolik dębowy. Na stoliku jeszcze ciepła biała kawa, słodka jak cukrzany ulepek. Gdy podniosę ją do ust, usta ustami nadal będą, czas będzie na miejscu, czas będzie odmierzany uderzeniami serca, a w dłoniach będę trzymać całkiem nierozmazany kubek, gorący, prawie parzący w dotyku.

Tak bardzo lubię powoli pić kawę i zagryzać ją ciastkiem.

1 komentarz

  1. madmaddie powiedział

    Grudzień 2, 2010 @ 21:18

    niesamowite
    głębokie wyrazy podziwu


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.