Powiada się, że jutro jest najlepszym terminem rozpoczęcia wszystkich nużących, głupich i nielubianych prac. Na przykład sprzątania w pokoju. Kupienia sobie butów. Zabicia się łyżeczką do cukru. Każdy ma jakąś górę do zdobycia, a przecież góry, jak to góry, stoją gdzieś w oddali z szyderczym wyrazem czap śnieżnych i tylko patrzą na małych prawie alpinistów. Hardo zadzierać głowę w odpowiedzi potrafi niemal każdy, ja też czasem patrzę w mroczne zakamarki nigdy niesprzątanego pokoju.
Problem w tym, że to nie góra i nie jej śnieżna czapa, nawet nie stroma ścieżka, traci czas na czekaniu. Góry przez całe życie grają w mentalne bierki z samym sobą, nawet nie licząc ilości rozgrywek. Co innego alpiniści w śmiesznych futrzanych czapach. Gdy przestępujemy z nogi na nogę, miliony naszych komórek z cichym “puf” odchodzą za zasłonę. Z każdym oddechem wydmuchujemy trochę swojego ducha, jesteśmy morfologicznie tak blisko gnijącego kompostu, że tylko (nieustannie złuszczająca się) skóra chroni nas przed cuchnącą kompromitacją w oczach świata.
Nawet to nie jest najgorsze – gdyby bliżej przyjrzeć się kompostowi, to dostrzeże się jego bogate życie wewnętrzne. Można z tym żyć że się śmierdzi. Ale nawet nasze nietrwałe, fermentujące doczesne szczątki nie mogą być chociaż przez chwilę sobą. Gdyby się bliżej nad tym zastanowić, nie pamiętam nawet jednego dnia, którym mogłabym określić, kim naprawdę jestem. Czym naprawdę jestem. Gdzie są granice mnie, jak głęboko wrzynają się krępujące mnie sznury kultury, wzajemnych relacji międzyludzkich. Jakich potężnych szpil, wbitych, przebijających mnie na wylot, nie czuję. I które z tych szpil trzymają mnie w jednym kawałku, pozwalają zatrzymać przy sobie moje lśniące, ociekające krwią ludzkie mięso.
Może to jest słowo, którego brakuje. “Ociekające”. Może to jedyne constans mojego życia. Nieustannie linieję, nie poznałabym siebie sprzed dwóch lat, może naplułabym sobie na twarz, albo tylko pogardliwie zarechotała, ubawiona że tacy głupi ludzie umieją przetrwać na świecie. Wciąż trzyma mnie przy sobie suma wstydliwych dolegliwości i fizjonomicznych przeżyć. Wciąż mam swoje ociekające życiem mięso, nawet jeśli się zmieniam, nawet jeśli przeobrażam się codziennie w kogoś innego, nawet jeśli co rano wciągam na czaszkę nowy skalp.
Zatem stoję pod górą, unieruchomiona swoją morfą każącą mi przełożyć wspinaczkę na jutro. Stoję obiema nogami w szablonie i nawet nie wiem, czy sama sobie go stworzyłam, czy inni mimochodem to zrobili. Przekonana o mocy ścian nawet do nich nie podejdę, a one, jak wszystko moje, erodują z sekundy na sekundę. Łuszczy im się naskórek.
Wreszcie stoję pod górą tak długo, upływa tyle krwi z ociekającego mięsa, że już nawet nie wiem, co tutaj robię, dlaczego stoję w tym śniegu. Czego chciałam od tego miejsca i dlaczego wiatr wieje mi w oczy.
Odwracam się i wracam do domu napić się gorącej czekolady. Naprawdę nie wiem, jak mogłam być tak głupia, żeby stać tam i narażać się na odmrożenie.
Wóója Sławek powiedział
Grudzień 25, 2010 @ 11:04
Nieźle! Wymaga dłuższej analizy. Poczekaj znajdę Ci ja trochę czasu to pierdyknę wnikliwą analizę… a póki co powiem krótko ROBI WRAŻENIE – GRATULUJE!!!
Wóója Sławek powiedział
Grudzień 25, 2010 @ 11:44
… no to analiza analizy jak wynika z poprzedniego zapisu. Świetnie napisane, a wniosek wydaje się być jeden. Tak jest skonstruowane życie że kluczowym jest przemijanie (żeby się tu wszyscy jakoś pomieścili) i tak jak piszesz “ociekanie” ale w sensie pozostawienia czegoś po sobie! Wniosek działaj Dziocha działaj! Tekst zmusza do myślenia, a to już jest ociekanie i łuszczenie naskórka, który może nie jest chorobą popromienną ale na pewneo zbyt szybko nie zdmuchnie go wiatr.
God bless You!
Siurkowa powiedział
Grudzień 29, 2010 @ 00:26
Busch, zawsze byłam Twoją fanką!
Pati ;) powiedział
Styczeń 7, 2011 @ 02:18
Hey, kiedy napiszesz coś więcej, bo już nie mam się gdzie odchamiać