Po trzeciej w nocy

Zabawne, ile w człowieku jest siły, kiedy się tylko mocniej skupi. Ile razy może powiedzieć, że nie ma już więcej sił, a potem zrobić jeszcze jeden krok, następny, wdech-wydech, właśnie tak. Siła rozpędu tak wspaniale radzi sobie z problemami. Jest tak cholernie zimno, przykładam skostniałe palce do twarzy, gęsia skórka na przedramieniu, w żałosnej próbie utrzymania dodatniej temperatury. Odszukuję kącik ust, jest tam gdzie zwykle, trzeba tylko pociągnąć w górę i w tył, pięknie, zmarznięte, sztywne mięśnie zrobią resztę. Spójrz na siebie, wspaniały uśmiech, nawet nie ugryzłaś się tym razem w palec, nie potrzebujemy przecież czerwoności na rękach, tak czy nie?

Wszystko zaczyna się przecież od uśmiechu. Demonstrujemy innym swoje zęby, z jakiegoś powodu ma to dla nas sens, chociaż zwierzęta zdają się używać tych samych sztuczek, by nastraszyć siebie nawzajem. Chociaż z drugiej strony – czym możemy siebie straszyć? Swoimi plombami – czarnymi dla biednych, białymi dla reszty – trzonowcami i siekaczami, przystosowanymi do rozdrabniania wcześniej pieczołowicie przygotowanego pokarmu. Pokazujemy światu swoje uzębienie – patrz matko naturo, to ja, najbardziej upośledzony drapieżnik na tym świecie, łysa małpa, której nie dałaś nawet chwytnych stóp. Musiałaś naprawdę mnie nie lubić, najwyraźniej miałam być dobrym żartem, opowiadanym przy stole w niedzielne popołudnie; sama miałabym trudności z upolowaniem sobie żaby. A mimo to właśnie ja, plus moja cywilizacja, spacyfikowaliśmy wszystkie twoje ukochane, hojnie obdarzone dzieci. Decydujemy o tym, jak zabijać szybsze, silniejsze i piękniejsze ode mnie konie – humanitarnie, a może niehumanitarnie? Decydujemy o tym, czy litościwie damy pożyć jeszcze kilka lat całemu gatunkowi tygrysów, których pazury mogłyby zrobić sobie girlandę z naszych wnętrzności w ciągu kilku sekund. Wyleźliśmy z jaskiń do swoich betonowych domów i teraz, zamiast przejmować się przetrwaniem z dnia na dzień jak każde porządne zwierzę, zastanawiamy się nad tym, czy Justin Bieber jest dobrym artystą. Czy powinnam schudnąć? Za co kupię sobie nowego laptopa? Czy nauczę swojego konia piafować? Każdy przeciętny tygrys jest szczęśliwy, gdy napełnił sobie żołądek jeszcze parującym mięsem i jest smutny, gdy właśnie trzeci dzień głoduje. Człowiek jest powyżej takich zmartwień, cierpi samotność, ból istnienia, przeżywa urazy.

Może właśnie w tym tkwi tajemnica uśmiechu – za każdym razem, gdy prezentujemy sobie nawzajem swoje bezużyteczne, słabe zęby, możemy sobie bez trudu przypomnieć, jak takie wynaturzone, potwornie wykręcane w postawie pionowej potworki dały sobie radę z całą resztą pięknych istot z tego świata. Patrz świecie – jestem tak bardzo niegroźna, że właściwie nie muszę się bać o swoje istnienie. Nic dziwnego, że uśmiech jest tak bardzo zaraźliwy.

Powróciłam na bloga po czterech miesiącach przerwy. Jak zwykle po takim czasie mam ochotę wszystko stąd wyrzucić gdyż, nawet nie czytając drugi raz, wiem jakie to jest chujowe.

Jeszcze raz

Słuchanie ulubionych utworów jest nieco dziwne. Częstokroć katujemy je na odtwarzaczach, stanowczo nie doceniających zapasu energii, jaką im oferujemy. Ulubiony potępieńczy ryk wokalisty dociera do naszych uszu w akompaniamencie trzasków generowanych przez słaby sprzęt. Albo też słyszymy piosenkę puszczaną z jakiegoś prehistorycznego radia, w którym basy nie istnieją. Ale przecież nie chodzi o to, by usłyszeć jakiś utwór. Przecież już go słyszeliśmy. Setki razy. Jest tak głęboko w nas, jak tylko mógłby być, a odtwarzacz tylko drażni jakąś zapomnianą bibliotekę tuż pod naszą czaszką.

Przypominamy sobie więc wspaniały utwór. Oczywiście nie przychodzi sam. Jak wiele jest piosenek, którym towarzyszy cały korowód wspomnień i emocji? Najgorsze (a może najlepsze?) są pod tym względem soundtracki, zwłaszcza z gier komputerowych. Niektóre z nich, oczywiście, mają wspaniałe walory estetyczne. Ale przecież nie dlatego ich słucham. Są dla wspomnień. Dla tego chwilowego skoku adrenaliny, zanim organizm się zorientuje, że wcale nie gramy, nie walczymy pikselem przeciwko pikselom. Wtedy pojawia się poczucie nieokreślonej straty, trochę jak przy schodzeniu ze schodów kiedy nagle brakuje jednego stopnia, którego się spodziewaliśmy.

Idiotyzmem jest stwierdzenie, że człowiek się nie zmienia. Oczywiście, że się zmienia – właściwie tylko samej zmiany możemy być pewni. Dorośniemy. Nauczymy się jakichś głupot w szkole, drugiej, trzeciej. Czegoś zapomnimy. Nadziejemy się na drut kolczasty i nasz brzuch będzie odtąd nosił piękną bliznę. Wreszcie zaczniemy się starzeć, marszczyć jak śliwki. Człowiek jest zatem nieustającą zmianą. A jednak tak bardzo pragnie powtarzania wciąż tego samego. Cyklu dobowego, może rocznego, a może tylko odsłuchiwania wciąż tego samego albumu. Chociaż próby utrzymywania w garści przeszłości są jak łapanie wody w siatkę na motyle, to wciąż nie ustajemy w swoich staraniach. Walczymy z nieuniknionym. Oczywiście że pamiętam Pył. Jest tam. Wracam, wracam i wracam.

Ale Pył nie istnieje. Pamięć o nim nie istnieje. Uważam, że istotne jest, by uświadomić sobie, jak idiotycznym założeniem jest przypominanie sobie. Wierzymy, że jest jakieś konkretne wspomnienie, że jest jakaś woda, którą przechowaliśmy gdzieś na swojej siatce. To takie logiczne. Pamięć jest stwarzana, a nie odtwarzana. Teraźniejsza ja myśli o Pyle i co wymyśliła? Zbiera resztki wspomnień ze swojej mokrej siatki, jest tego tak żałośnie mało, że musi dotworzyć sobie resztę. Dopasować puzzle. Znaleźć sens w ochłapach.

I robi to, gdyby nie musiała, to nie słuchałabym muzyki w swoim odtwarzaczu. Cóż z tego że robi, skoro to tak żałośnie niewystarczające. Och, biedna, głupia, pojebana Justyno. Nigdy nie będziesz już w Kansas. 

Dorosłość

Gdy byłam młodsza, zawsze zastanawiałam się, jak to będzie zostać dorosłym. Chyba każdy dzieciak tak ma. Bawimy się w zakładanie dużych masek od najmłodszych lat. Niektórzy z nas udają, że zapisują coś ważnego w zeszycie jeszcze na długo przed odkryciem tajemnic alfabetu. Inni skupiają się bardziej na tradycyjnych rolach, takich jak chociażby gotowanie. Podglądając mamę można się nauczyć, że na patelni dochodzi do spontanicznej kreacji pożywienia, a potem z zestawem małej kucharki nieśmiało próbuje się powtórzyć sukces. Intuicyjnie wyszukujemy też różnic w wyglądzie, po czym nieudolnie je kopiujemy – dziewczynki w tym przodują gdy wykradają szminki i buty swoim mamom.

Nastolatki przestają się skupiać na tym, jak dorośli wyglądają i co robią. Ale nadal bawią się – tym, jacy dorośli ich zdaniem są. Poczuciem samodzielności, jak pięknie poczuć na twarzy wiatr samostanowienia, jak wspaniale zrobić coś na własny rachunek, a potem zakończyć zabawę i wrócić pod skrzydła rodziny.

Tylko kiedy zabawa przestaje być zabawą? Czy nie jest czasem tak, że bawimy się też w pierwszą pracę? Zakładamy dużą maskę odpowiedzialności, która czasem przyrasta, ale jak często potrafi opaść, kiedy nawet w domu pogrzebowym pracownicy dowcipkują w najlepsze kiedy nikt nie patrzy. Kończymy osiemnaście lat, odbieramy prawo jazdy, wyprowadzamy się, a czerwona linia nie zostaje przekroczona, nie ma żadnego Rubikonu, nawet jedna trąba nie obwieszcza transmutacji w Dorosłego Człowieka.

Przelewam się z dnia na dzień, czas upływa, a ja wciąż jakoś nie istnieję w kategorii dorosłości, raczej się w nią bawię układając klocki lego z pracy, samodzielnego robienia sobie zakupów, projektowania własnego życia w oderwaniu od rodzicielskiej pomocy. Czasem nawet śnię o tym, że wchodzi do mojego nowego pokoju mama mówiąc, że dość tej zabawy bo rosół stygnie.

Budzę się z tego koszmaru z krzykiem. Tak potwornie nie lubię rosołu.

Przerwa na reklamę

Podróżowanie środkami publicznego transportu ma w sobie coś ze zwiedzania odległych galaktyk. Typowy tramwaj pozwala dotknąć życia setek ludzi. Przyjrzeć mu się z boku tak, jak robilibyśmy na wyprawie safari. Stłoczeni, podróżujący ludzie wykształcili w sobie stan półświadomości otaczającej ich gromady – wystarczająco silnej, by jeszcze całkiem nie opuszczali gardy, nie rezygnowali z masek konwenansu. A jednocześnie – wystarczająco słabej, by postronny obserwator mógł przyjrzeć się nieco skrawkowi ich życia. Gapienie się co prawda zostanie zauważone i źle odebrane, ale nikomu nie przeszkadza zerkanie – każdy gdzieś patrzy, prawda?

Jestem na wyciągnięcie ręki tylu ludzi, tak blisko, że mogłabym zabić jednego z nich, chociażby nożem wbitym w plecy, przebijającym tę niedorzecznie połyskującą kurtkę. Część z nich właśnie umiera na jakąś śmiertelną chorobę, może nawet o tym nie wiedząc. Jakie mam szanse spotkać przyszłego samobójcę? Czy czekam na autobus razem z osobą, która napisze już niedługo książkę i będzie sławna? Oglądam wspaniały teatr którego nie rozumiem, sfery, oddziaływania przesuwają mi się przed oczami tworząc wzór, który jest zbyt skomplikowany dla mojego mózgu.

Ale pewnie i tak większość z tych ludzi to tylko idioci, którzy pracują, jedzą, śpią, pracują, pracują, podróżują, idą na zakupy do careffoura, kupują sobie pomidora. Nic ciekawego. Gdybym do nich podeszła, poznała ich, możne poznałabym imię ale co dałoby mi imię, jakiś Zenek i Stefania. Nie. Gdy są blisko, na wyciągnięcie ręki, ale nieznani, wtedy mogą być zagadką. Mogą być pustym polem, które pokoloruję kredkami, albo może tylko ołówkiem żeby było mroczniej.

Mogę wreszcie podziwiać piękno ludzi, które tam jest, które zmusza mnie do żałowania, że moje dłonie nie znają żadnych przyborów do kreacji poza klawiaturą. Widziałam kiedyś taką dziewczynę, siedziała jak gdyby nigdy nic w kolejce WKD, jak gdyby nie zdawała sobie sprawy że mogłaby być wymalowana na płótnie jakiegoś renesansowego mistrza. Słuchała muzykę w tak ordynarnie zwykły sposób, jakby wcale nie miała porcelanowej cery, kręconych włosów układających się w łagodne fale, jakby nie miała nawet łuków brwiowych tak uderzająco, klasycznie pięknych. Albo chłopak w czarnej ramonesce. Stał przez całą swoją podróż mimo wolnych miejsc siedzących, przestępował z nogi na nogę, tupiąc swoimi glanami. Razem ze swoją przystojną gębą należał na pewno do jakiegoś zespołu rockowego, nawet jeśli wcale do niego nie należał. Zresztą, po co miałby tracić czas na tworzenie muzyki, skoro cała jego postać była nią wypełniona gdy sobie tak stał na korytarzu w WKD-ce? Strata czasu.

Dziwię się ludziom, którzy w takich miejscach czytają książkę. Jak bezbrzeżnie ociemniali muszą być, by umieć skupić się na lekturze gdy obok cały wszechświat przepływa.

Granica

Język szuka krwawiącej dziury po świeżo utraconym zębie, nawet gdy sprawdzał natężenie bólu już kilka, kilkanaście, kilkaset razy. Taki już jest. Choć nie może w żaden sposób wyrównać straty, nie może też przestać tego pragnąć. Nie ma ucieczki przed dziurą po zębie.

Przecież nie mogę myśleć o pamięci języka gdy chcę jeść ciastko. Metaliczny smak krwi nie pasuje do cukru, nawet gdy bardzo mocno udaję, że jest przeciwnie. Pudło kruchych ciastek wyczekująco patrzy na mnie. Co mogę zrobić? Krew chlupie mi pod językiem ale wsuwam ciastko pomiędzy zęby, jest dobrze, kurewsko dobrze, mielę językiem, oblizuję wargi z cukierniczego pyłku, ach jaką mam wspaniałą czerwoną szminkę!

Szczerzę się jak idiota. Nie umiem inaczej. Albo może umiem. Trudno się połapać gdy boli dziura po tragicznie utraconym zębie. Cała konstelacja szczęki po nim cierpi, zaciska powrozy mięśniowe. Próbuję zmusić je do posłuszeństwa, przecież gdzieś pod tą zdrewniałą skórą jest zwykła galareta życiowa, powinna uginać się pod mocą ducha. Dać się ugniatać jak plastelina. Przed tym też nie da się uciekać.

Nie udaje mi się też malarstwo sztalugowe. Próbuję odmalować piękne, choć niedostępne górskie szczyty, na które wdrapuje się odważny i głupi zarazem śmiałek. Nie może jeszcze wiedzieć o tym, że zginie lub zawiedzie, ponieważ ta kupa skał jest nie tylko bezużyteczna, ale też nie do zdobycia, chyba że masz parę skrzydeł odpornych na mróz i wiatry. Śmiałek jest symbolem czegoś wartego zaznaczenia nie wprost, ale dostatecznie oklepanego bym sama na to wpadła. Może się nazywać „głupota ambicji”, dla wszystkich specjalistów od skał ułożonych jedna na drugiej tak, by wdrapywanie się na nie prawie miało sens.

Próbuję, ale nie odmaluję. Perspektywa przekrzywia mi się na lewo, miesza cały świat przedstawiony, aż góra jest śmiałkiem, a słońce drzewem. Wszystko pomaluję na czerwono, bo tylko takie kolory poznały udręczone języki. Warto zjeść dzieło tuż po namalowaniu.

Lustrem

Więc wreszcie czego potrzebujesz? zapytałam do lustra. Nieznana postać przede mną uśmiechnęła się dwuznacznie… wykrzywiła twarz w nieokreślonym grymasie. Po ciemku nigdy przecież nic nie wiadomo. Wyciągnęłam rękę, skóra osoby przede mną była śliska i lodowato zimna.

Nie, tak, może, nigdy, pies, drzewo, ty, i pies i znowu ty, ty spod czerwonopłotego domu. Jesteś, czy też nie jesteś? Byłeś czy też nie byłeś? Nigdy, nigdy, się nie dowiesz – lustro przede mną tańczy, lustrem i z lustrem, smaczna pogarda lustra, bądź mi lustrem lustro.

Przypomniałam sobie, ale cóż to mogło być? Czym mnie karmisz, lustro, lustro, lustro?

Jaką potworną brzydotę skrywasz? Czym mnie drażnisz? Przecież widzę. Nie widzę. Nie widzę.  Nie widzę. Zbyt ciemno, by oczy widziały. To źle. To dobrze. Ty wiesz. Wiesz wiesz wiesz wiesz.

 

Nigdy nie spotkam si

Jutro

Powiada się, że jutro jest najlepszym terminem rozpoczęcia wszystkich nużących, głupich i nielubianych prac. Na przykład sprzątania w pokoju. Kupienia sobie butów. Zabicia się łyżeczką do cukru. Każdy ma jakąś górę do zdobycia, a przecież góry, jak to góry, stoją gdzieś w oddali z szyderczym wyrazem czap śnieżnych i tylko patrzą na małych prawie alpinistów. Hardo zadzierać głowę w odpowiedzi potrafi niemal każdy, ja też czasem patrzę w mroczne zakamarki nigdy niesprzątanego pokoju.

Problem w tym, że to nie góra i nie jej śnieżna czapa, nawet nie stroma ścieżka, traci czas na czekaniu. Góry przez całe życie grają w mentalne bierki z samym sobą, nawet nie licząc ilości rozgrywek. Co innego alpiniści w śmiesznych futrzanych czapach. Gdy przestępujemy z nogi na nogę, miliony naszych komórek z cichym „puf” odchodzą za zasłonę. Z każdym oddechem wydmuchujemy trochę swojego ducha, jesteśmy morfologicznie tak blisko gnijącego kompostu, że tylko (nieustannie złuszczająca się) skóra chroni nas przed cuchnącą kompromitacją w oczach świata.

Nawet to nie jest najgorsze – gdyby bliżej przyjrzeć się kompostowi, to dostrzeże się jego bogate życie wewnętrzne. Można z tym żyć że się śmierdzi. Ale nawet nasze nietrwałe, fermentujące doczesne szczątki nie mogą być chociaż przez chwilę sobą. Gdyby się bliżej nad tym zastanowić, nie pamiętam nawet jednego dnia, którym mogłabym określić, kim naprawdę jestem. Czym naprawdę jestem. Gdzie są granice mnie, jak głęboko wrzynają się krępujące mnie sznury kultury, wzajemnych relacji międzyludzkich. Jakich potężnych szpil, wbitych, przebijających mnie na wylot, nie czuję. I które z tych szpil trzymają mnie w jednym kawałku, pozwalają zatrzymać przy sobie moje lśniące, ociekające krwią ludzkie mięso.

Może to jest słowo, którego brakuje. „Ociekające”. Może to jedyne constans mojego życia. Nieustannie linieję, nie poznałabym siebie sprzed dwóch lat, może naplułabym sobie na twarz, albo tylko pogardliwie zarechotała, ubawiona że tacy głupi ludzie umieją przetrwać na świecie. Wciąż trzyma mnie przy sobie suma wstydliwych dolegliwości i fizjonomicznych przeżyć. Wciąż mam swoje ociekające życiem mięso, nawet jeśli się zmieniam, nawet jeśli przeobrażam się codziennie w kogoś innego, nawet jeśli co rano wciągam na czaszkę nowy skalp.

Zatem stoję pod górą, unieruchomiona swoją morfą każącą mi przełożyć wspinaczkę na jutro. Stoję obiema nogami w szablonie i nawet nie wiem, czy sama sobie go stworzyłam, czy inni mimochodem to zrobili. Przekonana o mocy ścian nawet do nich nie podejdę, a one, jak wszystko moje, erodują z sekundy na sekundę. Łuszczy im się naskórek.

Wreszcie stoję pod górą tak długo, upływa tyle krwi z ociekającego mięsa, że już nawet nie wiem, co tutaj robię, dlaczego stoję w tym śniegu. Czego chciałam od tego miejsca i dlaczego wiatr wieje mi w oczy.

Odwracam się i wracam do domu napić się gorącej czekolady. Naprawdę nie wiem, jak mogłam być tak głupia, żeby stać tam i narażać się na odmrożenie.

Czasownik

Czas wziął wędzidło na kieł i pognał przed siebie, zabierając mnie ze sobą – wciąż nie wiem, czy przypadkiem, czy też lubi ze mną podróżować bardziej, niż ja sama ze sobą. Pęd wiatru jest miły, do czasu, gdy początkowo rozpalona w gorączce, wreszcie zauważam jak piekielnie może być mroźnie, jak bezlitosne sądy wydaje na mnie termometr – w końcu nie mam futra, nawet sierści nie mam, wszystko na wierzchu, skóra wybebeszona jakby ją kto chciał odsłoniętą oglądać.

Boję się wielu rzeczy, stosów sytuacji, milionów spojrzeń i gestów obcych mi mieszkańców tej samej planety, tego samego miasta, tego samego domu. A teraz jeszcze podejrzliwie spoglądam już nie tylko na zegarek, ale jeszcze na kalendarz. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej godziny miały konsystencję nierozłączalnego samodzierżczego miodu, który za nic sobie ma wyznaczone mu granice. Niby można go dzielić na łyżki, ale w rzeczywistości nie można bo się przelewa, przykleja, zalepia. Słoiki miodu przelatują mi przed oczami i nie przypominam sobie, bym pozwalała na październik. Może, kiedy zamknę oczy, będzie już grudzień, może, kiedy pójdę spać, będzie już nowy rok, może jakimś cudem przegapię swoją młodość i ocknę się pomarszczona jak stare jabłko.

Z jednej strony to ciekawe. Sama chyba najbardziej jestem zainteresowana zobaczeniem, gdzie ta ścieżka prowadzi, gdzie jest jej kres, czy bez siebie potrafię żyć, czy będę miała szansę Bogu, lub bogom, powiedzieć jakimi nielogicznymi istotami są, jak bardzo niedoskonałe dzieła stwarzają  – czy może nic ze mnie beze mnie już nie zostanie. Z drugiej strony pęd już trochę bardziej przeraża, niż fascynuje, na ramionach czuję żelazny uścisk nie wiedząc nawet, dlaczego na ramionach, dlaczego nie w piętach, między palcami, na zgięciu rąk, gdzieś w środku podłej myśli o pączku z różanym nadzieniem (są obrzydliwe i zabraniam wam ich jeść). Nie – chłód mnie tylko szyderczo obejmuje za ramiona, jakby miał mnie lada chwila podnieść – sama nie wiem, czy chcieć tego czy też nie, czy mam siły na lodowe czapy zakrywające  mi powieki.

Wszystko się w biegu zamazuje, wszystko przeistacza w niesiebie – tylko gdzieś w siodle mam stolik dębowy. Na stoliku jeszcze ciepła biała kawa, słodka jak cukrzany ulepek. Gdy podniosę ją do ust, usta ustami nadal będą, czas będzie na miejscu, czas będzie odmierzany uderzeniami serca, a w dłoniach będę trzymać całkiem nierozmazany kubek, gorący, prawie parzący w dotyku.

Tak bardzo lubię powoli pić kawę i zagryzać ją ciastkiem.

Wzmożona obserwacja

Są ludzie, którzy ujrzeli swoje oblicze w lustrze i od tego czasu, w obawie przed refleksami w wystawowych szybach, przechodzą z kapturami naciągniętymi aż na same oczy. Obejrzenie siebie nie jest ani łatwe, ani przyjemne, dlatego zwykle ci nieszczęśnicy nie marzyli o Poznaniu, a jedynie mieli pecha trafić na jakiś zbity kawałek, leżący na podłodze i tylko czekający, by przetrącić komuś życie.

Być może odbicie, które zapamiętali, było tylko kaprysem wypaczającego świat zwierciadła. Prawdopodobnie sięgając wstecz pamięcią zakrzywiają wspomnienia w pałąk. Tego nie wiedzą, ale sama pamięć zbyt mocno pali, by ją zignorować. Nienawidzą odbijających powierzchni tak bardzo, że dostrzeżenie lśniących białek oczu innych ludzi ich przeraża. Dlatego dla bezpieczeństwa śledzą zawiłości okładu kostek brukowych, patrzą na nieśmiało pączkujące pomiędzy szczelinami kępki trawy, liczą kroki dzielące ich od rozpadlin. Poznają doskonale świat krawężników, rozpoznają okolicę po odcieniach szarości chodników. Egzystują w ten sposób, z obolałymi od ciągłego zginania karkami i napiętymi jak postronki mięśniami. Skuleni w geście obronnym za każdym razem, gdy słyszą tupot innych, obcych butów i gdy widzą czyjeś buty.

Tak przyzwyczajają się do swojego życia, że nie dostrzegają już nic w nim złego. Trochę czasem im mokro i gorąco w policzki, ale emocje nie wpływają znacząco na tempo kroków po bruku. Przystaną, gdy cały świat im się rozmaże na wilgotno i słono, wydmuchają nosy w wielorazowe chusteczki, wyciągnięte gdzieś z otchłani kieszeni. A potem przyspieszą kroku.

Ale pewnego dnia, spiesząc się po kolejnej przerwie w marszu, zderzą się z innym przechodniem w prochowcu i zwykłych, skórzanych butach. Karki z suchym trzaskiem prostują się, a oczy mimowolnie spoglądają w twarz nieznajomego. I nie zatrzymają się tylko na białkach, strasznych i odbijających światło z otoczenia.

Choć twarz nie była ukryta pod kapturem zakrywającym ją niemal całą, a przechodzień nie nosił najmniejszych śladów charakterystycznego przygarbienia, to oblicze wyglądało, jakby pilnie potrzebowało ukrycia. Potwornie wykrzywione, zamiast lustrzanego odłamku obejrzało w swoim życiu wiele słońca. Dzięki opaleniźnie wyglądało na swój wypaczony sposób zdrowo, nie obawiało się odbijającego świat białka oczu.

Zniekształcona twarz nieznajomego czasem okazuje się pięknym odkryciem dla przygarbionych ludzi. Odkrywają zdumiewającą, choć prostą prawdę – nie tylko nie są jedynymi pojebami na tym smutnym świecie, ale nawet nie są najgorszymi z nich. I od tego czasu mogą podnieść głowy, żeby odetchnąć pełną piersią, tak jak to robią nieuświadomieni w swoim pojebaniu, i żyć razem z innymi na nieidealnym chodniku.

Tak proste, a tak trudne.

Nie dotykać

Czasem patrzę na ludzi wokół mnie i zastanawiam się, dlaczego są za grubą zasłoną. Ich twarze, zniekształcone tak, że nie odróżniam uśmiechu od grymasu bólu. Mówią coś, ale zagłusza ich szeleszczący materiał. Półzgięta wyciągam rękę w teatralnym geście, oni też pochylają się gdzieś w zasięgu mojego wzroku. Zwijają się ze śmiechu na mój widok? Pochylają się, żeby lepiej mnie usłyszeć? Linie są rozmazane, w końcu wylałam na nie szklankę z wodą sodową.

Zasłona może i pachnie stęchlizną, lecz każdy z nas lubi trochę takiego swojskiego smrodku. Zaciągamy się nim wracając do swoich starych misiów i książek wrzuconych w kąt dziesięć lat temu. Zasłona może i zasłania, ale wystarczająco mało, bym nie wzbudzała podejrzeń. Zasłona zagłusza niepokojące trzaski z zewnątrz – trzaski, które potrafią zidentyfikować tylko niewypaczeni ludzie.

Zasłona w dotyku jest moją skórą. Odrażająca i lepka po nacięciu. Naruszenie granic boli jak nadepnięcie na zielony klocek lego. Mam ich wiele w swoim pokoju, w bałaganie wiele można znaleźć. Leżą, chociaż nie planuję nigdy z nich budować domku. Nie to, żebym nie chciała. Każdy chciałby mieć własny domek z klocków lego, nad nim wyrastający komin, obok budę dla plastikowego pieska. Ale klocki są zdradliwe.

Część z nich skryła się pod łóżkiem, w kącie, wewnątrz kurzowego kota, albo bezczelnie na środku – ale wiem, że są zniszczone. Zdekompletowane. Nic w nich nie pasuje do siebie, one same siebie nawet nie lubią. Więc trzymam przy komputerze palemkę. Ma cztery zielone, liście, których końce są nałożone jeden na drugim na grzybek tak, że każdy się do siebie przytula. Palemka ma też pień, którym można ruszać. Wygina się na prawo i na lewo zgodnie z wolą trzymających ją rąk. Mogłaby stać stabilnie, gdyby grzybek od dolnej części pnia złączyć z innym klockiem lego. Ale nie stoi. Oparta o lampkę trwa jakość pomiędzy innymi moimi gratami, o ile zachowuję się grzecznie i nie wykonuję żadnych gwałtownych ruchów.

Pod palemką można usiąść, czasem nawet się położyć. Ale chociaż jej cztery przytulone do siebie liście chronią przed cieniem, to nikt w mojej plastikowej palemce nie zamieszka.

« Older entries